Jurajskie Winnice na Zamku w Korzkwi vol.6 (2025)

Cześć, dzisiaj coś o winie. Konkretnie – zaginiony tekst o zeszłorocznym festiwalu w Korzkwi. Cóż, jak to mówią, lepiej późno niż wcale. Zapraszam do lektury!

Kilka słów wstępu

Pewnie zastanawiacie się czemu dopiero teraz opisuję festiwal, który odbył się prawie rok temu. Cóż, końcówka zeszłego lata to był niezwykle gorący okres w moim życiu. Trzymiesięczny pobyt na Sycylii opóźnił start remontu naszego nowego mieszkania, a dodatkowo spiętrzył całą masę innych spraw, które wymagały uwagi w następnych miesiącach. W tej sytuacji nie miałem zbyt dużo czasu na literackie popisy. Ostatecznie festiwal się już odbył i mój tekst nie sprawi przecież, że będziecie mogli wziąć w nim udział. Skoro nie udało się podsumować tej imprezy na świeżo, postanowiłem opublikować go w roku następnym. Być może dzięki niemu postanowicie wybrać się do Kokrzwi na tegoroczną edycję festiwalu?

Planowanie wycieczki

O festiwalu dowiedziałem się z jednego z kalendarzy enologicznych, jakie znaleźć możemy w Internecie. Od razu mnie zainteresował. Połączenie winiarskiej imprezy i nieznanego mi bliżej zamku (kojarzyłem jedynie nazwę), położonego blisko dużego, dobrze skomunikowanego miasta. Brzmiało świetnie. Rzut oka na mapę i widzę, że Korzkiew leży tuż przy granicy Ojcowskiego Parku Narodowego, którego jak dotąd nie udało mi się odwiedzić. Lepiej być nie mogło! Natychmiast przystąpiłem do planowania wyjazdu. Chcąc zrobić niespodziankę Asi, do samego końca trzymałem cel podroży w tajemnicy.

Z racji ilości atrakcji w okolicy, od razu zacząłem myśleć o przedłużeniu wyjazdu o choćby jeden dzień. Sprawdziłem jeszcze raz datę i odkryłem, że znowu mam szczęście – festiwalowy weekend poprzedzał ustawowy wolny od pracy 15 sierpnia. Początkowo planowałem dostać się na miejsce pociągiem, w czwartek po południu. Niespodziewanie jednak nasi zmotoryzowani znajomi postanowili towarzyszyć nam pierwszego dnia wyprawy. Prócz ich miłego towarzystwa, zyskaliśmy w ten sposób wygodny środek transportu i mogliśmy zrezygnować z jednego noclegu.

Pieskowa Skała

Już po kilku dniach miałem gotowy wstępny plan naszego wyjazdu. Jako że sprawą zainteresowałem się dość późno, nie mogłem niestety zanadto przebierać w ofertach noclegów w okolicy. Chociaż dostępny był nocleg w samej Kokrzwi, ostatecznie zdecydowałem się na leżący na zachód od niej Biały Kościół, wydający się dobrą bazą do odwiedzin zarówno tej pierwszej miejscowości, jak i Ojcowskiego Parku Narodowego. Cóż, to co dobrze wygląda w Internecie, nie zawsze sprawdza się w świecie realnym, ale o tym za chwilę.

Ojcowski Park Narodowy

Piątek przed festiwalem poświęciliśmy w całości na zwiedzanie Parku. Gdy tylko zostawiliśmy bagaże na stancji, ruszyliśmy samochodem do pierwszego punktu na planie wycieczki – ruin zamku w Ojcowie. Zamczysko jest pięknie położone, ale tak naprawdę nie ma tu wiele do zobaczenia. Wszystko obejrzeliśmy w około godzinę, po czym pojechaliśmy do zamku w Pieskowej Skale. Ten zrobił na nas bardzo duże wrażenie, zwłaszcza ze względu na zgromadzone tu bogate zbiory dzieł sztuki (nie byle jakich, dodajmy). Jeśli odwiedzacie Park, jest to według mnie pozycja obowiązkowa. Po wyjściu z zamku zahaczyliśmy od razu o Maczugę Herkulesa.

Pod Ojcowskim Zamkiem

W tym miejscu pożegnaliśmy się ze znajomymi (zwiedzanie obu warowni zajęło dobrych kilka godzin, a droga do Łodzi nie była krótka). Tu po raz pierwszy wyszło na jaw, że podane w Internecie czasy niezbędne do przejścia danej trasy są mocno niedoszacowane (zdarzały mi się już wcześniej takie przypadki). Ruszyliśmy dziarsko na południe, w stronę drugiego końca Parku, zatrzymując się tylko na jedzenie. Chociaż droga była długa, dzięki zapierającym dech widokom nie nużyła się nam ani trochę. Jedynym mankamentem była jezdnia, wzdłuż której wiedzie szlak pieszy. Niestety jest ona otwarta dla normalnego ruchu kołowego i ze wglądu na ułańską fantazję naszych współobywateli – lub jak kto woli: zwykłe chamstwo – psuje radość z obcowania z naturą. Prócz dokuczliwego hałasu, nieraz musieliśmy uciekać z pobocza (szczególnie uciążliwi byli tutaj motocykliści). Osobiście uważam, że trasa ta otwarta powinna być jedynie dla mieszkańców. Nie zaszkodziłoby także wprowadzenie pomiarów prędkości. Obecny stan rodzi liczne niebezpieczeństwa zarówno dla zwiedzających, jak i miejscowych. Problem ten jest chyba zresztą gorącym tematem wśród tych ostatnich – przemierzając okoliczne wioski, napotykaliśmy plakaty wzywające samorządy do budowy chodników i barierek.

Brama Krakowska

Generalnie wędrówki po okolicy dały nam spory wycisk. Być może marszruty były po prostu zbyt ambitne? Prawidłowa ocena tras, które na Mapach Google wyglądały na prawie płaskie, a w rzeczywistości były niezwykle pofałdowane, była jednak sporym problemem. Ostatecznie każdego dnia docieraliśmy na stancję po zmroku, a raz ufni w znaleziony w Internecie skrót wylądowaliśmy po ciemku na kompletnie zarośniętej, stromej ścieżce w środku lasu 😉.

Zamek

Drugi dzień wycieczki zarezerwowaliśmy w całości na festiwal wina. Do Kokrzwi wybraliśmy się dosyć wcześnie, by zdążyć na otwarcie. Droga prowadząca przez okoliczne wioski ponownie nie okazała się dla nas łaskawa, a słońce cały czas przygrzewało niemiłosiernie. Po około półtorej godziny całkiem szybkiego marszu dotarliśmy jednak na miejsce. Zamek wyrósł przed nami jak spod ziemi, gdyż wzgórze na którym stoi jest dosyć gęsto porośnięte drzewami. Budowlę widać dopiero w bezpośredniej bliskości i ostatnie kilkaset metrów kierowaliśmy się głównie na słuch i wyczucie.

Zamek-hotel

Nie zamierzam zanudzać Was tutaj historią zamku – podstawowe informacje bez problemu znajdziecie w Internecie. Ograniczę się zatem do dosłownie kilku słów na jego temat. Otóż zamek powstał gdzieś w trzeciej ćwierci XIV wieku z inicjatywy Jana z Syrkomli, sędziego Krakowskiego. Była to więc warownia prywatna – tak zwany zamek rycerski. Już w drugiej połowie wieku XV budowla po raz pierwszy zmieniła właścicieli, a w następnych wiekach sprzedawana była jeszcze wielokrotnie. Wraz z kolejnymi posiadaczami i upływem czasu zamek coraz bardziej tracił na znaczeniu, aż w wieku XIX stał się zupełnie niepotrzebny. Jak wiele jemu podobnych, wykorzystywano go jeszcze jako zabudowania gospodarcze do momentu, kiedy nieremontowany popadł w ruinę (w Internecie można znaleźć zdjęcia pokazujące w jak fatalnym był stanie).

Krużganki i wieżyczki

Los odwrócił się dopiero w ostatniej dekadzie XX wieku. Zamek znalazł nowego, prywatnego nabywcę, który wkrótce przystąpił do jego odbudowy. Obecnie warownia jest w większości wyremontowana, z pełnym obwodem murów obronnych. Jak oceniam efekty tych zabiegów jako archeolog z wykształcenia? Cóż, uważam, że odbudowa zamków to grząski grunt i rzadko kiedy wychodzi przekonująco. Niestety Korzkiew to właśnie przykład z tej grupy. Wyraźnie widać, że nie chodziło tu o przywrócenie jego pierwotnego wyglądu, do czego zresztą zapewne brakuje odpowiednich źródeł. Inwestor miał w planach zamianę budowli w hotel, a do tego wystarczyło nadanie mu bajkowego, moglibyśmy powiedzieć disnejowskiego, charakteru. Tak też warownia wygląda obecnie. Są wieżyczki z wijącymi się dookoła schodami, liczne krużganki i balkony, trofea myśliwskie oraz „repliki broni” rodem z odpustu. Na usta ciśnie mi się pytanie: jaki konserwator na to pozwolił? Przypuszczam jednak, że właściciel jest dobrze ustosunkowany. Plus taki, że twórczo rekonstruowane partie budowli są wyraźnie odcięte od oryginalnej materii murowanej oraz że zabezpieczono budowlę przed dalszą degradacją. Zresztą, to co nie podoba się mnie, niekoniecznie musi nie podobać się innym. Osobiście słyszałem kilka rozmów dotyczących odbudowy, a tzw. zwykli ludzie bardzo chwalili przedsięwzięcie. W końcu zamek stoi, jest wyremontowany i nie trzeba go sobie wyobrażać, jak kiedy byłby stałą ruiną. Przyznam, że do pewnego stopnia rozumiem to podejście, z drugiej jednak strony obecny wygląd zamku buduje fałszywą wizję architektury minionych wieków. Żeby nie było że tylko ja się czepiam, identyczną opinię wyraził spotkany na miejscu znajomy profesor, który kiedyś był zresztą moim wykładowcą 😉.

Festiwal

Dochodzimy w końcu do kluczowego tematu, czyli samej imprezy. Ta jest wynikiem współpracy Stowarzyszenia Winiarzy Jury Krakowskiej oraz obecnego właściciela Zamku w Korzkwi, Jerzego Donimirskiego. Zasadnicza część festiwalu odbywała się na terenie samego założenia obronnego. W jego salach urządzono stanowiska winiarzy, odbywały się tam też nieliczne zaplanowane prelekcje. Na dziedzińcu zaaranżowana została natomiast strefa rekreacyjna ze stolikami i siedziskami. Stąd, schodami i krużgankami można też dostać się na mury obronne oraz wieżę, by nieco rozejrzeć się po okolicy (drzewa mocno ograniczają jednak pole widzenia), a co być może ważniejsze – chociaż na chwilę znaleźć zasięg sieci komórkowej, o który w okolicy trudno😉. Wstęp na zamek możliwy był jedynie po wykupieniu jednego z dwóch biletów. Pełny, obejmujący również uprawniający do degustacji kieliszek, wyceniono na 40zł. Wejściówka uprawniająca jedynie do zwiedzania i zakupów, kosztowała natomiast 15zł. Poza murami zamku rozłożyła się strefa gastronomiczna, gdzie spróbować mogliśmy lokalnych przysmaków np. serów czy wypieków. Wstęp na tę część festiwalu była bezpłatna.

Słońce i Wiatr

Jakkolwiek forma, w jakiej zamek został odbudowany, nie podobała mi się, należy podkreślić, że sama organizacja spotkania na jego terenie była strzałem w dziesiątkę. Podczas wielu tego typu imprez nie możemy w końcu liczyć na dostęp do normalnej toalety, strefy relaksu czy gastronomii, nie wspominając już o dachu nad głową czy tak ważnym dla wystawców dostępie do prądu. Dla mnie, słabo znoszącego upały, nie do pogardzenia była zwłaszcza obecność chłodnych zamkowych murów😉.

Z wizytą w Winnicy Żerkowice

Lista producentów wystawiających się na festiwalu w Korzkwi jest zmienna w zależności od wyników wewnętrznego porozumienia między członkami Stowarzyszenia Winiarzy Jury Krakowskiej. W opisywanej edycji były to: Winnica Amonit, Winnica Goja, Winnica nad Prądnikiem, Winnica Novi, Winnica Przybysławice, Winnica Słońce i Wiatr, Winnica św. Jana, Winnica Ten Tego, Winnica Zagardle i Winnica Żerkowice. Przed festiwalem moja wiedza na temat lokalnego winiarstwa była niewielka, a znane mi dotąd winnice nie uczestniczyły w tym wydarzeniu (okazało się, że nie należą do Stowarzyszenia). Z tego powodu nie miałem żadnych preferencji ani uprzedzeń. Postanowiłem zatem, że będziemy po prostu próbować po kolei, zaczynając od Sali na pierwszym piętrze. Naiwnie zakładałem, że uda nam się spróbować wszystkiego w ciągu tego jednego dnia (dzień następny zamierzaliśmy poświecić na wędrówki i powrót). Rzeczywistość zweryfikowała te plany. Zwiedzanie zamku, przerwy na jedzenie, a przede wszystkim rozmowy z winiarzami, zajęły nam znacznie więcej czasu niż przewidywałem!

Winiarze i wino

Najważniejszą częścią festiwalu były dla nas oczywiście degustacje i rozmowy z winiarzami. Jak wspominałem wyżej, nasz dotychczasowy kontakt z jurajskim winiarstwem był anegdotyczny i przed festiwalem kompletnie nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Czy będzie to podróż sentymentalna, poczujemy się jak podczas pierwszej wizyty na Winobraniu w Zielonej Górze dziesięć lat temu? Czy raczej odnajdziemy niewielką, ale wysoce profesjonalną grupę winiarzy nadrabiających brak miejscowej tradycji nowoczesnymi metodami produkcji? Cóż, rzeczywistość, jak to często bywa, okazała się mieszanką obu, a różnice w stosunku do dobrze nam znanego lubuskiego winiarstwa wyraźne.

Najlepsze

Wśród jurajskich nasadzeń zdecydowanie królują odporniejsze i łatwiejsze w uprawie hybrydy. Miejscowi winiarze zgodnie twierdzą (pytałem o to każdego), że winorośl właściwa niezbyt dobrze poradziłaby sobie w tutejszym mikroklimacie. Cóż, nie będę się z tym kłócił, w końcu rozmawiałem ze specjalistami, a temperatury zimą są tu rzeczywiście niższe. Pamiętam jednak, jak dekadę temu wiele osób powtarzało podobne rzeczy o lubuskim winiarstwie. Trwały tam wprawdzie już wtedy liczne eksperymenty z viniferą (np. rielsing był dosyć powszechny), jednak wielu wieszczyło jej jedynie rolę uzupełniającą dla hybryd. Obecnie widok Vitis vinifera nad Odrą nikogo już nie dziwi, a wiele osób karczuje hybrydy. Możliwe zatem, że i w okolicach Ojcowskiego Parku Narodowego także znajdą się odpowiednie siedliska.

Johanniter miał chyba najmocniejszą reprezentację

Jeśli już o tych ostatnich mowa, to warto powiedzieć coś o areale winnic. Te są niewielkie i większość z nich nie przekracza 1ha, chociaż zdarzają się też założenia nieco śmielsze (np. Winnica Novi posiadająca około trzech hektarów nasadzeń). Tak niewielka produkcja oczywiście uniemożliwia utrzymywanie się z samego winiarstwa i dla wszystkich poznanych winiarzy jest to zajęcie dodatkowe. Nie wszyscy dążą zresztą do zwiększenia powierzchni upraw. Kilka osób powiedziało mi wprost, że istniejące nasadzenia są dla nich wystarczające, a praca jakiej wymagałby większy areał jest ponad ich siły. Prócz takiego raczej hobbystycznego podejścia, wyraźnie widać było jednak także drugą grupę winiarzy. Ci, prócz winiarskiej pasji, mają też konkretny plan działania i dążą do dalszego rozwoju. Dążeń tych zdecydowanie nie ułatwia specyfika okolicy Ojcowskiego Parku Narodowego. Obecność tego ostatniego oraz bliskość Krakowa sprawiają, że przyciągają one bogatych mieszczuchów, którzy chętnie budują tutaj swoje domy. Już krótki spacer w okolicach Parku pokazuje, że okolica jest dosyć gęsto zamieszkana, a poziom życia jest dosyć wysoki. Wysoki popyt powoduje wzrost cen działek, a co za tym idzie – utrudnia zakup potrzebnej ziemi. Szczęśliwie część producentów przyznała, że dysponuje jeszcze niezagospodarowanymi terenami 😉.

Nowoczesny dizajn

Co zaś się tyczy samego wina, to nasze obawy sprzed festiwalu okazały się kompletnie bezpodstawne. Polskie winiarstwo wykonało gigantyczny postęp przez ostatnie lata i ten doskonale widać było w Korzkwi. Mimo że Jurze daleko do sławy przytaczanego przeze mnie wielokrotnie Lubuskiego, nie ma między nimi przepaści jakościowej. Oczywiście zdarzały się butelki słabsze, czasami z błędami, ale generalnie średnia była całkiem wysoka. Zdecydowanie nie był to powrót na Winobranie dekadę temu, gdzie różne potworki były jeszcze na porządku dziennym. Wśród spróbowanych winnic wyróżniłbym przedewszystkim trzy – Winnicę Amonit, Winnicę Novi i Winnicę Zagardle. Tu smakowało nam najwięcej win, podkreślić jednak trzeba, że każdy producent obecny w Korzkwi miał coś porządnego do zaproponowania.

Niektórzy prócz wina mają także inne pasje

Wymieniając najlepsze butelki rozpocząć muszę od Souvignier Gris Icewine 2023 (3,9/5) z Winnicy Novi. Wino to zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie i osobiście uznaję je za najlepsze w całej degustacji. Nos jest tokajski, pełen świeżego i kandyzowanego ananasa, imbiru, suszonych moreli i kompotu z renklody. Usta dodają do tego nuty miodowe i wyraźną pikantność. Wino jest bardzo słodkie, ale świetnie zbalansowane wysoką wibrującą kwasowością. Świetne. Od tego samego producenta wymieniłbym jeszcze Johanniter 2024 (3,8/5) oraz Pejzaż 2021(3,8/5) – pet-nat, wyprodukowany z tego samego szczepu. Pierwsze prezentuje nuty jabłek, melona i dojrzałej gruszki, wyraźną wytrawność oraz przyzwoitą materię. Drugie to niezwykle rześki musiak, z aromatami papierówki wspartej odrobiną pestkowej goryczki i dobrą kwasowością. Z Winnicy Amonit najbardziej podobał się nam Johanniter 2024 (3,8/5), dobrze skoncentrowany, o aromatach jabłka, słodkiej gruszki i odrobiny pomarańczy, z porządną kwasowością. Wymienić trzeba też Sayval Blanc 2024 (3,8/5) z Winnicy Zagardle. Mocno pachnące kwiatem pomarańczy i jaśminem, kwasowe, zaokrąglone odrobiną cukru resztkowego. Na koniec wymieniłbym jeszcze roziaka z Winnicy nad PrądnikiemRegent 2024 (3.8/5). To wino lekkie, ale wyraziste, pełne truskawek i czereśni, wspartych odrobiną nut landrynkowych. Bardzo świeże i po prostu… fajne. Podkreślić chciałbym jeszcze, że chociaż do najlepszych nie załapała się żadna czerwień, to kilka win – zwłaszcza opartych na regencie – całkiem nam smakowało.

Kilka słów na koniec

No dobrze, dotarliśmy do końca mojej opowieści o Korzkiewskim festiwalu. Następna edycja już za kilka tygodni (tym razem to 15-16 sierpnia), zostało więc trochę czasu na przygotowania. Jeśli postanowicie odwiedzić Korzkiew, mam dla was jeszcze dwie polecajki z najbliższej okolicy. Pierwsza to mieszczące się tuż pod zamkiem Piekorzki – miejsce z absolutnie fantastycznymi pierogami, o wielu, często zaskakujących smakach. Drugie to położony na terenie Parku Pstrąg Ojcowski. Tu zjecie fantastyczną wędzoną lub duszoną rybę, pierogi z pstrągiem oraz pyszny placek z jagodami. Zdecydowanie warto zarezerwować czas na te dwa miejsca. Do zobaczenia wkrótce!

Dodaj komentarz