Cześć! Wprawdzie za oknem niemal wiosna, jednak spojrzenie na kalendarz karze mi sądzić, że jeszcze niejeden chłodny dzień przed nami. W taką pogodę warto zjeść coś nieco bardziej kalorycznego i właśnie takie danie chciałbym przestawić Wam dzisiaj. Jest ono bardzo smaczne i nieprzesadnie trudne w przygotowaniu. Zapraszam na pappardelle z ragù z kaczki.

Kilka słów wstępu
Niecały rok temu zamieściłem na blogu tekst dotyczący ragù. Wyjaśniłem w nim dosyć szeroko znaczenie samego terminu, omówiłem jego najczęściej występujące formy, a także – oczywiście – podałem przykładowy przepis. Obiecałem Wam wtedy także, że w przyszłości jeszcze powrócimy do tego bardzo szerokiego tematu. Dzisiaj chciałbym spełnić tę obietnicę. O ile poprzednio przygotowaliśmy wspólnie sos nawiązujący mocno do tradycji południa – pełen pomidorów oraz grubo porcjowanej wołowiny i wieprzowiny – dzisiaj chciałbym, byśmy przenieśli się na północ Italii. Pochodzący z tradycji kulinarnej Wenecji Euganejskiej przepis na ragù z kaczki, który przygotowałem dla Was tym razem, zakłada nie tylko wykorzystanie mocno rozdrobnionego mięsa (co przybliża go do słynnego sosu bolońskiego), ale jest również przygotowywany „na biało”. To ostatnie może wydawać się nieco dziwne osobom mniej zaznajomionym z kuchnią (a w zasadzie kuchniami) Półwyspu Apenińskiego i patrzącym na nią stereotypowo. Taki sposób przygotowywania ragù, chociaż obecnie znacznie mniej popularny od przygotowywania go „na czerwono”, jest jednak historycznie starszy.
Przeglądając zasoby Internetu natraficie na całą gamę różnych przepisów na ragù d’anatra różniących się, czasami znacznie, użytymi składnikami czy sposobem ich obróbki. Prawdopodobnie najbardziej klasyczne są te, które wykorzystują całego, uprzednio upieczonego ptaka, którego mięso przed wymieszaniem z makaronem jest oddzielane od kości i rozdrabniane. Częściej jednak natrafiamy na przepisy zakładające użycie krojonego w kostkę lub siekanego surowego mięsa z kaczki. Do tej drugiej grupy należy receptura, którą zajmiemy się dzisiaj. Powstawała ona w moim domu nieśpiesznie przez ostatnie lata, w efekcie próbowania kolejnych przepisów. Chociaż czasami przygotowywałem ją z użyciem pomidorów, uważam, że odciągają one uwagę od charakterystycznego smaku kaczki i ostatecznie zrezygnowałem z ich użycia. Wyraziste mięso wymaga według mnie mocnych dodatków, stąd w składnikach prócz warzywnej bazy odnajdziecie także rozmaryn, szałwię, liście laurowe, a nawet jałowiec. Mimo iż wiele przepisów wskazuje na pierś jako część kaczki właściwą do przygotowania ragù, ja skłaniam się w kierunku udek, których mięso jest bardziej kleiste i wilgotne.
Przed napisaniem tego tekstu długo zastanawiałem się z jaką pastą najlepiej podać nasze ragù. W Veneto wybór padłby zapewne na bigoli, makaron w formie grubego spaghetti przygotowywanego, prócz mąki i jaj (często kaczych), nierzadko także z udziałem mleka oraz masła. Nie jestem fanem łączenia ragù z nitkami, jednak ta pasta (wytłoczona przy użyciu specjalnej, zaopatrzonej w brązowe sita prasy) z pewnością spełnia swoje zadanie. Jakiś czas temu nabyłem nawet przystawkę do mojej wałkownicy pozwalającą na cięcie bigoli, niestety powstałemu w ten sposób makaronowi brakuje szorstkiej powierzchni oryginału. Ostatecznie zrezygnowałem więc z tego pomysłu. Nie chcąc korzystać z fabrycznie wytworzonych rurek, ostatecznie postawiłem na pappardelle. Te szerokie jajeczne wstążki świetnie poradzą sobie z konsystencją ragù i uzupełnią jego smak. Przed nami nieco pracy, nie przedłużajmy więc 😉!
Potrzebne składniki
Poniższy przepis nie jest skomplikowany, opiera się na relatywnie łatwo dostępnych i nieprzesadnie drogich ingrediencjach. Do przygotowania ragù z kaczki potrzebujemy*:
– dwóch nóg z kaczki (około 450 gramów)
– małej marchewki
– połowy łodygi selera naciowego
– małej żółtej cebuli lub szalotki
– 150ml wytrawnego białego wina
– około 400ml wywaru mięsnego
– kilku łyżek oliwy z oliwek
– dwóch suszonych liści laurowych lub jednego świeżego
– 3-4 jagód jałowca
– kilku liści szałwii
– gałązki rozmarynu
– czarnego pieprzu
– soli morskiej
Ragù podamy z ręcznie robionym pappardelle**. Do jego przygotowania wykorzystamy*:
– około 200 gramów mąki typu 00 (na wszelki wypadek przygotujmy trochę więcej)
– dwóch kurzych jaj rozmiaru XL
Dodatkowo potrzebować będziemy:
– kilku łyżek tartego parmezanu
* Podane składniki pozwolą nam na przygotowanie porcji dla dwóch głodnych osób.
** Jeśli nie czujemy się na siłach przygotować własny makaron, skorzystajmy z około 230 gramów gotowej suchej pasty typu wstążki lub rurki.
Wiemy już czego nam potrzeba, teraz pora na dokładniejsze omówienie powyższych składników. Zacznijmy od kaczki. Większość przepisów proponuje skorzystanie z piersi. Jest to oczywiście bardzo wygodne rozwiązanie, ja jednak wolę kacze nogi. Jak już pisałem, mięso to jest bardziej wilgotne i kleiste, a co za tym idzie – ragù będzie smaczniejsze. Pierś lepiej wypadnie przygotowana na różowo, z chrupiącą skórką. Wybierając mięso warto zadbać, by było ono jak najświeższe, co z pewnością przełoży się na walory smakowe potrawy. Warto zwrócić uwagę, że wiele sklepów zamiast udek sprzedaje tzw. ćwiartki. Znajdziemy w nich dodatkowo fragmenty żeber, kręgosłupa oraz nadprogramową skórę, często sprytnie zakamuflowaną w opakowaniu. Ja przy przygotowaniu tego przepisu skorzystałem z Kaczki Zagrodowej firmy Drosed. Teraz pora na warzywa. Oczywiście szukamy takich dobrej jakości, świeżych i soczystych – im lepsze składniki, tym lepszy smak będzie miało nasze ragù. Jeśli mamy dostęp do warzyw uprawianych ekologiczne, będzie to świetny wybór. W żadnym wypadku natomiast zastępnikiem nie są warzywa suszone – widziałem ostatnio taki przepis 😉. Kolejnym ważnym składnikiem jest wino. Nadaje ono potrawie głębi oraz odpowiedniej kwasowości, ważne więc by użyć trunku przynajmniej przyzwoitej jakości. Oczywistą bzdurą jest tzw. wino do gotowania – takie, które jest za słabe do picia solo, ale sprawdzi się jako część potrawy. Tak naprawdę równanie jest proste: im lepszą butelkę kupimy, tym lepszy efekt osiągniemy. Oczywiście większości z nas nie stać na używanie w kuchni win za kilkaset złotych, warto jednak wybrać choćby porządnej jakości wino marketowe (zaglądajcie na mojego Instagrama, tam często oceniam niedrogie butelki z popularnych supermarketów😉). Z pewnością powinno być wytrawne i zaopatrzone w wyraźną kwasowość, przyda się też odrobina ciała, która dobrze zgra się z charakterem całej potrawy. Dobrym wyborem byłoby np. chardonnay lub pinot grigio. Pewnym problemem może być dostępność ziół. O ile rozmaryn zwykle znajdziemy nawet w supermarketach, to szałwia pojawia się od kilku lat rzadko. Ja zwykle wybieram się po nią do Makro lub Selgrosa i muszę przyznać, że – przynajmniej w Łodzi – nie znam innych pewnych adresów (no, jeszcze ogródek mojej bratowej 😉). Tak jak w wypadku warzyw, zioła interesują nas jedynie w formie świeżej. Miałem ostatnio kilka wpadek z przyprawami, które mimo że świeżo zakupione, okazały się zwietrzałe. Zwracajcie więc na to uwagę. Jeśli po otwarciu paczki nie czujecie wyraźnego aromatu, ktoś próbuje nabić Was w butelkę. Przyprawy korzenne zdecydowanie polecam kupować w sklepach z azjatycka żywnością, są zwykle tańsze i dużo lepszej jakości niż te popularnych marek. Bulion mięsny póki co nie doczekał się swojego przepisu na blogu. Zakładam jednak, że większość z Was potrafi taki ugotować. Jeśli nie, skorzystajcie z zasobów Internetu lub książki kucharskiej. Zaznaczam, że powinien być to bulion na świeżych warzywach, kościach i mięsie. Kostki rosołowe czy różne inne ersatze nie są rozwiązaniem i z pewnością zepsujemy nimi danie. Ja skorzystałem z wywaru przygotowanego na bazie wołowiny i kaczki. W sprawie wyboru oliwy z oliwek wypowiadałem się już na blogu, testowałem również kilka różnych butelek (tutaj i tutaj), nie ma więc sensu się powtarzać. W przypadku tego przepisu w mojej opinii najlepiej sprawdzą się oliwy średnio wyraziste, nieprzesadnie gorzkie czy pikantne. Niestety sklepy w których zwykle się zaopatruję, prawdopodobnie ze względu na koniec sezonu, świeciły ostatnio pustkami. Chwilowo posiłkuję się zatem produktem łatwo dostępnym, jakim jest Monini Classico i takiej też oliwy użyłem przy przygotowywaniu tego przepisu. Przejdźmy teraz do składników naszego pappardelle. Najpierw kilka słów o mące. Z marek w miarę łatwo dostępnych w Polsce polecam Caputo czy le 5 Stagioni. Znalezienie ich w sklepach stacjonarnych może nastręczać pewnych problemów, polecam Wam raczej szukać w Internecie, gdzie zwykle znajdziecie je także w znacznie lepszych cenach. Tym razem skorzystałem z mąki Caputo Classica. Jeśli nie możecie znaleźć 00, użyjcie dobrej mąki tortowej lub jakiejkolwiek innej o drobnym przemiale. Na koniec zostały nam jeszcze jaja. Najlepiej by były z pewnego źródła, jak najświeższe, od kur karmionych tylko naturalnymi paszami. Warto rozejrzeć się za jajami ekologicznymi. Warto też poszukać wśród znajomych, być może znacie kogoś kto sam hoduje kury? Jaja kurze oczywiście możecie zastąpić kaczymi, zwróćcie jednak uwagę na różnicę w wielkości.
Proces przygotowania
Ingrediencje zgromadzone i dokładnie omówione. Pora na pracę w kuchni. Ragù z kaczki, tak jak większość podobnych dań, wymaga nieco czasu, nie jest jednak przesadnie trudne w przygotowaniu. Dodatkowym problemem będzie oczywiście zrobienie makaronu. Jeśli jednak będziecie postępować zgodnie z poniższymi punktami, zapewniam że odniesiecie sukces!
1. Jak zawsze zaczynamy od przygotowania składników. Najpierw zajmijmy się kaczką. Jej obróbkę zaczynamy od pozbycia się resztek upierzenia. Najwygodniej będzie użyć do tego pęsety. Teraz przechodzimy do trudniejszej części. Poniższy przepis zakłada wykorzystanie samego mięsa, musimy zatem najpierw pozbyć się kości. Umiejętność trybowania nie jest specjalnie rozpowszechniona i muszę przyznać, że sam nie jestem specjalistą w tej dziedzinie. W miarę swoich skromnych możliwości postaram się jednak Wam pomóc. By wytrybować nogę z kaczki, układamy ją na desce zewnętrzną stroną do dołu. Ustalamy miejsce, gdzie znajduje się staw kolanowy i, sięgając samej kości, wykonujemy dookolne cięcie. W jego wyniku powinniśmy ujrzeć nasady kości udowej i piszczelowej, oraz łączącą je chrząstkę. Teraz silnym ruchem, przełamujemy nogę w stawie kolanowym (będziemy też zapewne musieli przeciąć jakieś pozostałe ścięgna). Obie części ponownie kładziemy przed sobą na desce do krojenia, wewnętrzną częścią do góry. Wymacujemy kości i w tych miejscach przeprowadzamy wzdłużne cięcia by odsłonić ich powierzchnię. Skupmy się najpierw na podudziu, czyli tak tzw. pałce. Kolejne cięcie, tym razem dookolne, prowadzimy w miejscu gdzie kończą się mięśnie i zaczyna najwęższa jej część. Przecinamy w ten sposób skórę, ścięgna oraz przyczepy mięśniowe aż do kości, uwalniając mięso. Następnie przechodzimy do górnej (tzw. bliższej) nasady kości piszczelowej. W tym miejscu odnajdziemy kolejne przyczepy mięśniowe, które również przecinamy. Teraz ponownie układamy podudzie przed sobą, wykonanym na początku wzdłużnym cięciem do góry. Rozchylamy mięso i końcówką ostrego noża powoli odcinamy mięso od kości, starając się nie zrobić dziur na wylot (w przypadku ragù nie ma to znaczenia, ale uczmy się dobrych nawyków). Po kilku ruchach ta ostatnia powinna zostać uwolniona. Brawo! Teraz przechodzimy do uda. Także tutaj przecinamy przyczepy mięśniowe położone przy obu nasadach kości udowej, a następnie delikatnymi ruchami noża oddzielamy mięso od jej trzonu. Powyższy proces powtarzamy dla drugiej nogi. Jeśli widzimy, że dookoła uda znajduje się nadprogramowa skóra pozostała po rozbiorze mięsa, odkrawamy ją i odrzucamy (wszystkie kości i okrawki możemy oczywiście wykorzystać do przygotowania wywaru mięsnego). Mięso kroimy w drobną kostkę, po czym lekko siekamy, a następnie przekładamy do miski. Teraz czas na warzywa. Myjemy je, oczyszczamy i obieramy, a następnie kroimy w niewielką kostkę. Na koniec przygotowujemy przyprawy, wyjmujemy jaja z lodówki, by się ogrzały i otwieramy wino.
2. Pora brać się do gotowania ragù. Na dużym palniku ustawiamy płaski garnek, rondel lub głęboką patelnię z grubym dnem. Dobrze, by była ona wielkości odpowiedniej by pomieścić sos wraz z makaronem i pozwolić na ich łatwe wymieszanie. Do środka naczynia nalewamy 2-3 łyżki oliwy z oliwek i podłączamy średni gaz. Kiedy tłuszcz się rozgrzeje, dorzucamy warzywa i smażymy je kilka minut do czasu aż będą zupełnie szkliste, co jakiś czas mieszając. Podkręcamy gaz. Dodajemy jałowiec, liście laurowe, szałwię i rozmaryn, po czym całość mieszamy. Teraz na patelni ląduje mięso, rozprowadzamy je po dnie i rozbijamy na drobne kawałki. Początkowo z pewnością puści sok. Smażymy więc do momentu, kiedy płyn zniknie z patelni. Teraz musimy je lekko zbrązowić. Nie martwimy się przy tym, że nieco przywiera do dna naczynia, pilnujmy jednak by się nie przypaliło. Cały czas rozbijamy na mniejsze fragmenty pojawiające się większe frakcje mięsa. Kiedy w końcu nabierze nieco koloru, dolewamy wino i dokładnie mieszamy całość, czyszcząc jednocześnie patelnię z przywry. Pozwalamy alkoholowi odparować, po czym wlewamy na patelnię bulion, dodajemy dużą szczyptę soli, zmniejszamy gaz na bardzo mały, a całość przykrywamy pokrywką. To w zasadzie koniec naszej pracy przy samym ragù. Sos musi gotować się przez następne 2-2,5 godziny. Pod koniec gotowania dodajemy jeszcze nieco świeżo zmielonego pieprzu i sprawdzamy czy danie jest odpowiednio słone. W czasie gotowania kontrolujemy je regularnie, mieszamy i ewentualnie dodajemy odrobinę wody bądź bulionu. Na koniec ragù powinno wyraźnie zgęstnieć, stając się jednocześnie przyjemnie kleistym. Smak będzie mocno skoncentrowany, mięsny i rosołowy, z wyczuwalnymi przyprawami i ziołami.
3. Kiedy ragù się gotuje, zabieramy się za przygotowanie makaronu (jeśli zamierzamy przygotować danie z kupną pastą, pomijamy ten oraz dwa następne kroki).Odmierzamy 200 gramów mąki, z czego kopiastą łyżkę stołową odkładamy na bok. Z reszty usypujemy na blacie przed sobą górkę, a następnie robimy w niej zagłębienie przy pomocy dłoni lub małej miseczki. Do powstałego zagłębienia wybijamy dwa duże jaja i zaczynamy delikatnie ubijać widelcem. Kiedy białko i żółto dobrze się połączą, ubijamy dalej co jakiś czas zagarniając do masy kolejną porcje mąki. Kiedy masy nie da się już mieszać w ten sposób, oczyszczamy widelec i odkładamy go. Dalsze łączenie składników kontynuujemy już przy pomocy rąk. Po chwili nasza masa powinna być już względnie homogeniczna. Jak pamiętacie, część mąki odłożyliśmy na wstępie na bok. Miało to na celu uniknięcie sytuacji, w której ciasto wyjdzie nam zbyt twarde. Pamiętajmy wszak, że jajko jajku nierówne, więc i proporcje będą się lekko zmieniać. Jeśli użyte jaja rzeczywiście były rozmiaru XL, ciasto upomni się teraz o więcej mąki, klejąc się do naszych rąk. Dodajemy więc odrobinę z tej odłożonej i zaczynamy wyrabiać. Jedną ręką łapiemy za brzeg ciasta, a nasadą drugiej rozciągamy je przed sobą na powierzchni roboczej. Teraz druga ręka zwija z powrotem to, co rozciągnęła. Proces powtarzamy przez kilka minut do skutku, tzn. do momentu kiedy nasze ciasto będzie elastyczne, całkowicie jednolite i gładkie. W międzyczasie będziemy prawdopodobnie musieli dodać jeszcze część lub całość odłożonej na początku mąki. Pamiętajmy jednak, by robić to powoli. Pozwólmy ciastu zaabsorbować jedną porcję i dopiero dodawajmy następną. Prawidłowo przygotowane ciasto powinno być plastyczne, jednak nie może być przesadnie miękkie, kleić się do rąk czy powierzchni roboczej. Kiedy zagłębimy w nie palec, powinno stawić wyraźny opór, nie może jednak być zbyt twarde. Jeśli mimo użycia całych 200 gramów mąki konsystencja nadal nie jest odpowiednia, znaczy to że użyte jaja były ponadwymiarowe. W tym przypadku dodajemy kolejne niewielkie porcje mąki do czasu osiągnięcia pożądanego efektu. Gotowe ciasto musi odpocząć. W tym czasie stanie się mniej napięte, a bardziej plastyczne i poddające się naszej woli. Przekładamy je do plastikowego pojemnika i szczelnie zamykamy, a następnie pozostawiamy na godzinę w spokoju, w temperaturze pokojowej.
4. Kiedy ciasto należycie odpocznie, przechodzimy do jego wałkowania. Tym razem wykorzystamy do tego maszynkę do makaronu. To zdecydowanie najwygodniejszy sposób, do tego pozwalający na uzyskanie idealnych, powtarzalnych efektów. Jeśli nie chce się Wam uczyć trudnej sztuki korzystania z wałka, zdecydowanie rekomenduję to rozwiązanie 😉. Zanim przejdziemy do wałkowania, chciałbym powiedzieć jeszcze kilak słów o samej maszynce. Przestrzegam Was przed kupowaniem byle czego. W sklepach pełno jest badziewnie wykonanych „nołnejmowych” sprzętów, lub takich wyprodukowanych dla dużych sieci gospodarstwa domowego. Wiem co mówię, sam posiadałem kiedyś takiego potworka i nie był to udany czas w kuchni. Dlatego podczas zakupów radziłbym skupić się na włoskich markach (zapewniam, że „makaroniarze” wiedzą co robią). Moja maszynka, Marcato Atlas 150, dwa lata temu kosztowała mnie niecałe 150 zł, gdyż zrezygnowałem z przystawek do cięcia tagliatelle i fettuccine, które uznałem za zbędne (wystarczy zwykły nóż). Jest naprawdę łatwa w czyszczeniu, a wszystkie części można dokupić. Dobra, wracajmy do pracy! Zacznijmy od podzielenia ciasta na dwie części. Jedną połówkę chowamy z powrotem do pojemnika, drugiej staramy się nadać kształt jak najbliższy kuli. Uformowane w ten sposób ciasto posypujemy mąką lub semoliną i rozpłaszczamy dłonią, aż osiągnie około 1cm grubości. Na pokrętle naszej maszynki ustawiamy wartość „0” i przepuszczamy przez nią ciasto – powinno ono przybrać kształt zbliżony do elipsy. Łapiemy je za końce i składamy do środka jak kopertę. Teraz ponownie przepuszczamy ciasto przez maszynkę, robimy to jednak przekręcając je o 90 w poziomie w stosunku to pierwotnego kierunku i nie pozwalamy mu się rozłożyć. W efekcie powinniśmy otrzymać płat ciasta o nieco bardziej wydłużonym, bliższym prostokątu, kształcie. Ponownie posypujemy ciasto mąką lub semoliną, by zmniejszyć jego lepkość – pomiędzy kolejnymi wałkowaniami będziemy pewnie musieli czynić to kilkukrotnie. Zaokrąglone końcówki arkusza ponownie składamy do środka, starając się nadać mu bardziej czworokątny kształt. Ponownie przepuszczamy ciasto przez maszynkę, tym razem ustawiając pokrętło na „1”. Teraz pora na ustawienie oznaczone jako „2” i tak dalej, aż dotrzemy do pozycji „7” (węższe tagliatelle i fettucine wałkuję o jeden stopień grubiej, przygotowane w ten sposób pappardelle staje się jednak zbyt ciężkie). Na koniec arkusz ciasta powinien przyjąć kształt bliski prostokątowi. Jeśli tak nie jest, w trakcie możemy zawinąć niesforny koniec i ponownie rozwałkować na ostatnim ustawieniu. Pilnujmy też, by ostatecznie arkusz osiągnął na całej długości identyczną szerokość, równą szerokości wałka. Jeśli te dwie wartości nie są równe, składamy go na pół by zwiększyć grubość i ponownie wałkujemy. Po jednym, może dwóch powtórzeniach nasza wstęga powinna nareszcie zająć całą szerokość maszynki. Teraz obficie posypujemy rozwałkowane ciasto mąką lub semoliną i odkładamy na bok, najlepiej na drewnianą, tekturową lub tekstylną powierzchnię. Ten sam proces powtarzamy dla drugiej połowy ciasta. Kiedy jest już rozwałkowane, pozostawiamy je by nieco przeschło, co ułatwi nam późniejsze krojenia. Pilnujmy jednak by nie wyschło za bardzo, gdyż zacznie pękać i uniemożliwi dalsza obróbkę.
5. Ciasto już odrobinę przeschło, możemy więc brać się do krojenia naszego pappardelle. Potrzebować będziemy ostrego noża oraz odpowiednio dużej, najlepiej drewnianej deski. Najpierw dzielimy nasze dwie wstęgi na krótsze odcinki. Pappardelle, by wygodnie nawijało się na widelec, powinno mieć między 20 a 30cm. Sprawdzamy długość i dzielmy wstęgi na odpowiednie, równe odcinki. Następnie bierzemy jeden nich i zwijamy w poprzek jak naleśnik, w razie potrzeby posypując nieco mąką lub semoliną. Powstały rulon układamy na desce dłuższą stroną do siebie. Pappardele powinno być szerokie, podzielmy je więc na 5 lub 6 mniej więcej jednakowych odcinków (pamiętajcie, że domowy makaron nie musi być idealny😉). Otrzymamy w ten sposób wstążki o szerokości odpowiednio 3 lub 2,5 centymetra, wybór oczywiście należy do Was. Pokrojony makaron od razu wzruszamy palcami tak, by wstęgi całkowicie się rozwinęły, po czym odkładamy na bok. Pozostałe porcje ciasta zwijamy i kroimy w ten sam sposób.
6. Kiedy skończymy krojenie makaronu, nasze ragù będzie zapewne się jeszcze gotować. Możemy teraz nieco odpocząć. Około 20 minut przed czasem gdy sos będzie gotowy, nastawiamy wodę na makaron. W tym celu bierzemy duży garnek i nalewamy do niego około 3 litry wody, po czym ustawiamy nad mocnym płomieniem. Kiedy woda się zagotuje, dodajemy do niej czubatą łyżkę soli. Teraz dorzucamy makaron i porządnie go mieszamy, by wstążki się nie posklejały. Do wody nie dolewamy oleju! To działanie jest całkowicie bezcelowe i prowadzi jedynie do marnotrawstwa. Świeżo przygotowane pappardelle powinno gotować się około 2,5 do 3 minut. Jeśli pasta wcześniej nieco wyschła, możliwe że będziemy potrzebować dodatkowej minuty. Gdy makaron jest gotowy, odcedzamy go, zachowując szklankę wody w której się gotował. Dobrze ugotowany powinien być jednocześnie miękki, sprężysty i jędrny. Makaronu nie przelewamy wodą! Zamiast tego natychmiast dodajemy go do gotującego się sosu i dokładnie mieszamy. Teraz pora na wodę, którą pozostawiliśmy przy odcedzaniu. Dodajemy jej niewielką ilość i energicznie mieszamy. Zawarta w wodzie skrobia pozwoli uzyskać gładszy, lepiej trzymający się makaronu sos. Dopiero kiedy pasta dobrze się z nim połączy i nie będzie spływać, wyłączamy gaz.
7. Makaron od razu przekładamy na talerze, posypujemy parmezanem i serwujemy. Buon appetito!
Kilka słów na koniec
Widzę, że wyszedł z tego całkiem solidny kawałek tekstu. Mam nadzieję, że przebrnęliście przez niego bez problemów i okazał się dla Was przydatny. W razie pytań zachęcam do skorzystania z sekcji komentarzy. Jak zawsze zapraszam też na mojego Instagrama po więcej treści. Na dzisiaj to tyle. Cześć!



























