Witam Was ponownie. Dzisiaj powracamy do dawno zapomnianego tematu wina, jednak – zanim przedstawię Wam nowe winne propozycje – muszę nadrobić temat mojej wizyty na Vinitaly 2024. Zapraszam na relację z wyjazdu!

Kilka słów wstępu
W przeciwieństwie do opisywanego przeze mnie kilka miesięcy temu Winobrania, moja obecność na Vinitaly 2024 była kwestią przypadku. Bilet na tę jedną z największych na świecie imprez winiarskich kosztuje naprawdę słono i w normalnych warunkach raczej nie mógłbym pozwolić sobie na wzięcie w niej udziału… czasami jednak do człowieka uśmiechnie się szczęście. Jakieś dwa miesiące przed startem targów otrzymałem niespodziewany telefon. Dzwonił Tomek Jaszczułt – współwłaściciel zajmującej się importem i handlem winem łódzkiej firmy Vinobar oraz sieci sklepów Smaki i Aromaty. Propozycja była prosta – darmowa wejściówka na tegoroczne Vinitaly. Co było robić? Chociaż odpowiedziałem, że muszę się zastanowić, wiedziałem że nie mogę zmarnować takiej okazji. Odwdzięczyć mogłem się jedynie towarzystwem, gotowaniem i pewną wiedzą na temat włoskiego winiarstwa. W tym miejscu należy podkreślić, że wyprawa na Vinitaly miała dla Tomka wymiar czysto praktyczny, czyli poszerzenie winnego portfolio Vinobaru. O tym, w jakie strony zmierzały te poszukiwania, napiszę więcej w podrozdziale dotyczącym wina.

Trzynastego kwietnia, tuż po wschodzie słońca wyruszyliśmy w długą, liczącą około tysiąc trzysta kilometrów podróż. Skład drużyny był trzyosobowy, gdyż dołączył do nas Rafał – szwagier Tomka i zawodowy kierowca w jednym. Nasza trasa wiodła przez Polskę, Czechy, Austrię i oczywiście Włochy. W planach były jedynie niezbędne przerwy i jeden nieco dłuższy przystanek na Morawach, w winiarni J. Stavek (pisałem o tej wizycie na moim Instagramie). Koniec końców nasze przystanki wydłużyły się na tyle, że dopiero około dziesiątej wieczorem dotarliśmy do Werony. Dalej ruszyliśmy na północ, do położonego w górach Lughezzano, gdzie przez następnych kilka dni miała znajdować się nasza baza. Na miejscu okazało się, że wynajęta stancja jest wprawdzie dosyć uboga, ale za to naprawdę czysta – co nie jest wcale takie oczywiste we Włoszech. Rano przywitała nas też pięknymi widokami (niestety zrobiłem tylko jedno zdjęcie). Konieczność codziennego dojeżdżania do Werony i z powrotem zabierała nam sporo wolnego czasu, musieliśmy się jednak z tym pogodzić, gdyż wszystkie bliżej położone miejsca noclegowe zajęte były już od kilku miesięcy.
Organizacja imprezy
Kilka miesięcy temu mocno narzekałem na „funkcjonowanie” Winobrania 2023. Tym razem będzie nieco łagodniej, chociaż nie da się ukryć, że organizatorzy tej imprezy także zaliczyli kilka wpadek. Napięty kalendarz nie pozwolił nam zbytnio zgłębić kwestii organizacyjnych, nie rozmawialiśmy również o nich z wystawcami, wszystko co przeczytacie niżej będzie więc tylko moimi własnymi przemyśleniami. Omawiając ten temat najłatwiej będzie podzielić go na dwie części: tę związaną z terenem samych targów oraz tę związaną z funkcjonowaniem całej imprezy w przestrzeni miasta. Zacznijmy od tej pierwszej.

Jak wspominałem wcześniej, Vinitaly to jedne z największych targów winnych na świecie. Kogoś takiego jak ja, kto nie miał wcześniej okazji uczestniczyć w tego typu imprezie, liczba tegorocznych wystawców (wynosząca cztery tysiące trzysta) może przyprawić o zawrót głowy. Olbrzymi teren wystawienniczy, położony na południe od stacji kolejowej Verona Porta Nuova, targi zagospodarowały w całości. Włoskim winem wypełniono w sumie dwanaście wielkich hal (każda wielkości hipermarketu) oraz kilkupiętrowy budynek Palaexpo. Do tego na terenie targów odnaleźć mogliśmy różnej maści mniejsze strefy mieszczące stoiska z jedzeniem, wina od producentów spoza Włoch itp. Hale odpowiadały konkretnym regionom winiarskim we Włoszech, w przypadku tych mniej rozwiniętych grupując je po kilka w jednym miejscu. Przestrzenie wewnątrz podzielono na boksy, które rozdzielono, według nieznanych mi zasad, między poszczególnych wystawców. Najmniejsze z nich zajmowały ledwie kilka metrów kwadratowych, te większe potrafiły być wielkości sporego mieszkania. O ile nawigowanie między halami nie sprawiało żadnych problemów, o tyle odnalezienie konkretnego producenta – już tak. Tu często okazywało się, że znana nam, używana w codziennych rozmowach nazwa jest niestety niepełna, a boksy są ponumerowane nieco dziwacznie. Koniec końców udało nam się jednak odnaleźć wszystko czego poszukiwaliśmy (w ostateczności zawsze mogliśmy ratować się pytaniem do rozmieszczonej w węzłowych punktach targów obsługi, która – jak na włoskie standardy – dobrze mówiła po angielsku).
Zdecydowanie gorzej sprawa wyglądała poza ścisłym terenem targów. Odwiedzającym dojeżdżjącym samochodami udostępniono szereg dużych parkingów znajdujących się w odległości około półtora kilometra w linii prostej od terenu imprezy. Chociaż nie jest to duży dystans, umiejscowiona mniej więcej w połowie drogi stacja kolejowa Verona Porta Nuova zmuszała do znacznego nadłożenia drogi. Wysokie temperatury, których doświadczała wtedy Werona, niestety dodatkowo odbierały ochotę na spacer. By ułatwić komunikację, organizatorzy zapewnili jednak kilka specjalnych linii autobusowych, kursujących między parkingami a terenem targów. Rozwiązanie samo w sobie można uznać za dobre, niestety nieco gorzej przedstawiała się jego realizacja. Duże zainteresowanie imprezą sprawiało, że w godzinach porannych oraz popołudniowych okolice centrum wystawienniczego stawały w korku. Pokonanie dwukilometrowej trasy dzielącej parkingi dla odwiedzających i teren imprezy zajmowało nawet czterdzieści pięć minut, spędzone zazwyczaj w sporym ścisku. Drugiego dnia imprezy otrzymaliśmy od jednego z winiarzy współpracujących z Vinobarem przepustkę umożliwiającą skorzystanie z położonego znacznie bliżej parkingu dla VIP’ów. Niestety nie skończyło się to dla nas dobrze. Wprawdzie na parking dotarliśmy na pieszo w przeciągu dziesięciu minut, jednak już wyjazd z niego zajął nam ponad godzinę. Generalnie kwestia poruszania się po mieście w godzinach szczytu była bardzo problematyczna, a liczne zmiany organizacji ruchu mocno utrudniały dotarcie do sklepu czy jakiejkolwiek restauracji (ostatecznie nie udało nam się odwiedzić żadnej). Zostawiając samochód na dedykowanym parkingu warto było zapamiętać jego nazwę oraz położenie względem stojącego obok miejskiego stadionu. Niestety ulice przylegające do tego ostatniego są łudząco do siebie podobne i często powodowały utratę orientacji w terenie. Na miejscu nie odnaleźliśmy nawet jednej osoby z obsługi, mogącej udzielić pomocy. Niewiele mogę powiedzieć o oddziaływaniu targów na inne aspekty życia w mieście, takie jak przeciążenie komunikacji publicznej czy kolejki w sklepach. Dla wszystkich myślących o odwiedzeniu Vinitaly za rok mam jednak radę: nie zwlekajcie z poszukiwaniem noclegu. My, na dwa miesiące przed startem imprezy, nie znaleźliśmy już żadnej sensownej oferty.
Jedzenie na Vinitaly
Zanim przejdę do najważniejszego tematu, czyli wina, chciałbym poświęcić kilka słów ofercie gastronomicznej targów. Na wstępie zaznaczam, że skorzystaliśmy tylko z jej niewielkiej części i to głównie o niej będę mówił. Ze względu na porę, o której przybyliśmy do Werony pierwszego dnia, nie udało nam się zrobić żadnych zakupów. Dzień rozpoczęliśmy więc bez śniadania i postanowiliśmy zjeść coś dopiero na miejscu. W tym celu skierowaliśmy się do oznaczonej na mapie strefy Street Food Gourmet. Niestety pomysł okazał się fatalny, a nazwa bardzo myląca. Niewielka, dosyć oblegana strefa składała się z kilku food trucków (sądząc po ich wyglądzie, należących do tego samego właściciela) oraz niezbyt licznych stolików dla klientów. Całość rozstawiono na pustym, niczym nieosłoniętym placu, co przy ówczesnych temperaturach mocno dawało się we znaki zarówno obsłudze jak i odwiedzającym. Jak smakowało jedzenie? Cóż, powiedzenie, że nie najlepiej byłoby poważnym niedomówieniem. Zamówiony przeze mnie hamburger? Naprawdę ohydny. Kotlet powstał z pulpy mięsnej i przypominał gotowe dania z supermarketu, wewnątrz praktycznie nie było też dodatków. Pizze, pinsy czy tortellini nie prezentowały się lepiej i wszystkie były mrożonkami. Należy dodać, że właściciele food trucków słono policzyli sobie za te frykasy. Mój hamburger kosztował mniej więcej tyle ile talerz dobrego makaronu w restauracji w centrum większości włoskich miast. Nie chcąc ryzykować podobnych sytuacji, w kolejnych dniach pilnowaliśmy, żeby zawsze mieć ze sobą własne jedzenie.

W trakcie następnych dni naszej wizyty na Vinitaly 2024 napotkaliśmy także inne punkty gastronomiczne, których niestety nie naniesiono na oficjalne plany imprezy. Niektóre z nich proponowały przygotowywane na bieżąco kanapki z włoskimi wędlinami i serami, inne różnej maści zakąski. Natknęliśmy się też na kolejne fast foody. Prócz tych ostatnich, wszystko wyglądało przynajmniej poprawnie i raczej zachęcająco (my jednak niczego już nie spróbowaliśmy). Dosyć często byliśmy też częstowani różnymi rzeczami przez odwiedzanych winiarzy. Najlepiej wspominam wizytę w Fattoria Pagano gdzie objedliśmy się świeżutką mozzarella di bufalą i salami ich własnej produkcji. Ludzie, którzy wytwarzają tak dobre jedzenie nie mogą być źli 😉.

Prócz oferty na terenie targów, spora ilość stoisk z jedzeniem znajdowała się także na zewnątrz, vis-a-vis głównego wejścia. Niestety brak możliwości dwukrotnego wejścia na teren targów jednego dnia wykluczał skorzystanie z tej opcji pomiędzy degustacjami.
Wino
Pora przejść do najważniejszego tematu tego wpisu – wina. Zanim jednak rozpiszę się o producentach i butelkach, muszę jeszcze co nieco wyjaśnić. Jak wspominałem na początku, jadąc na Vinitaly 2024 Tomek miał dosyć konkretne plany. Najważniejsze z nich to: znalezienie dobrej franciacorty, porządnego producenta z Piemontu – oferującego między innymi moscato d’asti i nebbiolo, nieprzesadnie drogiej, porządnej Sycylii oraz przyzwoitego budżetowego prosecco. By dodatkowo utrudnić zadanie, w pierwszej kolejności poszukiwaliśmy producentów nieobecnych dotąd na polskim rynku. Na szczęście większość „to do” z listy Tomka wchodziła także w zakres moich prywatnych planów. Jako fan chianti classico usilnie starałem się jednak namówić Go na zahaczenie również o tego toskańskiego, nomen omen, klasyka. Szczęśliwie udało mi się to. W ramach naszych winnych poszukiwań nie polegaliśmy tylko na ślepym trafie. Od samego początku byliśmy umówieni z kilkoma producentami, z którymi Tomek i Jego wspólnik nawiązali kontakt jeszcze w Polsce. Prócz tego mieliśmy także kilka zaplanowanych wcześniej spotkań z osobami współpracującymi aktualnie z Vinobarem. Koniec końców, już na starcie imprezy nasz karnecik był mniej więcej w połowie wypełniony.
Nasz pierwszy dzień na targach postanowiliśmy zacząć od franciacorty w myśl zasady, że jako apéritif najlepsze jest wino musujące. Cóż, niestety nie byliśmy jedyni. Budynek Palaexpo, mieszczący te lombardzkie „szampany” po prostu pękał w szwach. Naszą uwagę zwrócili zwłaszcza młodzi ludzie, którzy zdawali się być nadreprezentowani w ogóle odwiedzających. Kolejni zagadywani o to producenci tłumaczyli ten fakt dużą popularnością franciacorty wśród młodszych pokoleń, mnie jednak cały czas po głowie krążyło pytanie: skąd włoska młodzież ma na to pieniądze? Wypróbowaliśmy trochę butelek, zarówno tych już obecnych w Polsce jak i takich, których póki co nie znajdziemy na półkach rodzimych sklepów. Chociaż wiele z nich całkiem nam smakowało, nie będąc specjalistami od franciacorty, dla porównania postanowiliśmy spróbować jeszcze czegoś z teoretycznie najwyższej półki. Po krótkich poszukiwaniach w sieci, skierowaliśmy swe kroki do boksu zajmowanego przez Barone Pizzini (jeśli uważacie, że znacie lepszych producentów – napiszcie w komentarzu 😉). Tu jednak spotkało nas niemiłe zaskoczenie. Nie mogliśmy po prostu spróbować wina, musieliśmy najpierw umówić się na spotkanie. Przyznaję, że z początku nas to zirytowało, jednak zachęceni dobrymi recenzjami w Internecie postanowiliśmy uzbroić się w cierpliwość i spróbować. Niestety zarezerwowany przez nas ostatni wolny termin wypadał dopiero czwartego dnia targów (zwróćcie uwagę, że rezerwowaliśmy go około godziny 13 pierwszego dnia imprezy). W tym miejscu nie będę jednak sztucznie budował napięcia i powiem od razu jak wypadła degustacja Barone Pizzini. Wina od początku zrobiły na nas bardzo dobre wrażenie. Osobiście najbardziej smakowała mi Franciacorta Naturae 2020 (4,2/5), pełna słodkich nut pieczonych i świeżych jabłek, gruszek oraz domowych wypieków. Bardzo skoncentrowana, wytrawna, z dobrą kwasowością i musowaniem. Po prostu pyszna. Świetne były także dwa pozostałe rocznikowe wina producenta. Franciacorta Rosé 2019 (4,1/5) przekonała mnie elegancją i delikatnością z jaką podawała nuty truskawek i czereśniowego kompotu oraz doskonałą świeżością. Franciacorta Saten 2019 (4,1/5) prezentowała natomiast aromaty jabłkowych obierek i pestek oraz chlebowej skórki, a wszystko to połączone z dobrą koncentracją, kremowością i kwasowością. Warto nadmienić, że podstawowe etykiety również nie przyniosły producentowi wstydu. Pomimo tego, gdzieś z tyłu głowy jednak cały czas zadawałem sobie pytanie: czy może mam dzisiaj po prostu nastrój na franciacortę? Jak okazało się później, nie byłem sam w swoich rozterkach: zarówno Tomek jak i Rafał myśleli nad tym samym. Od razu po pożegnaniu się z naszym gospodarzem pobiegliśmy spróbować kilku win degustowanych pierwszego dnia, które najbardziej nam smakowały. Szybko okazało się, że smak nas nie zawiódł, wina od Barone Pizzini zdecydowanie pozostawiały je w tyle. Do tego cena była konkurencyjna. Liczę, że wkrótce uda mi się znowu spróbować którejś z tych butelek.

Naszą drugą destynacją była Sycylia. Wina z tej wyspy pijam dopiero od niedawna i moja wiedza na ich temat nie jest przesadnie wielka. Jak się jednak okazało, w tym wypadku wystarczyła by zostać przewodnikiem naszego stadka po regionie. Zdecydowałem, że zaczniemy od Cantine Gulfi, jednego z moich ulubionych producentów. Chociaż na samym wstępie zaznaczono, że firma ma już importera na Polskę i nie szuka kolejnego, udało nam się spróbować wszystkich dostępnych na targach win ich produkcji (pełne portfolio jest dłuższe). Z bieli najlepsze wrażenie zrobiła na mnie Valcanzrja 2023 (4,0/5). Miałem okazję próbować kilku poprzednich roczników i przyznaję, że etykieta ta za każdym razem prezentuje nieco inne aromaty. Tym razem poczęstowała mnie miodem, białymi kwiatami i żółtymi owocami, takimi jak morele i renklody, a także – jak zwykle – dobrą strukturą i kwasowością (tę ostatnią przełamano odrobiną cukru resztkowego). Z czerwieni najbardziej smakowały mi natomiast Cerasuolo di Vittoria 2020 (4,0/5) i Cerasuolo di Vittoria Classica 2019 (4,1/5). Pierwsze pełne mocy, prezentujące dojrzałe ciemne czereśnie i jeżyny, a do tego porządną kwasowość i poukładane taniny. Drugie, pełne lekko przypalonego domowego dżemu truskawkowego, czerwonych i leśnych owoców, ziół, z balsamicznym wykończeniem i dobrą strukturą. Po tym miłym początku kroki swe skierowaliśmy do Azienda Agricola COS. –kolejnego dobrego producenta, którego win miałem już okazję kilkukrotnie próbować. W bogatym portfolio znajdziemy wina starzone nie tylko w beczkach lub stalowych tankach, ale również w amforach. Smakowało nam prawie wszystko, jedynie jedno z win białych zdradzało pewne wady (koci żwirek). Oceny jakie przyznawałem kolejnym winom były bardzo wyrównane i ciężko wypisać te najlepsze (prawie wszystkie oceny zawierały się w przedziale od 3,8/5 do 3,9/5). Gdybym musiał jednak wybrać, to z bieli wskazałbym Ramì Blanco 2022 (3,9/5) – dobrze zbudowane i intensywne, lecz zarazem łagodne wino, mocno mineralne, pełne aromatów żółtych owoców. Z czerwieni byłoby to natomiast Cerasuolo di Vittoria 2021 (3,9/5). Kwasowe i soczyste, świetnie zbalansowane, pełne nut czerwonych owoców, ale też kwiatów, przypraw czy igieł sosnowych. Mając już pewne tło porównawcze, ruszyliśmy próbować sycylijskich – dla nas – nowości. Niestety mimo wypróbowania sporej liczby butelek, nie trafiliśmy na nic przesadnie ciekawego: ot, porządnie zrobione wina codzienne. Przy dosyć wysokich cenach, jakich producenci z Sycylii żądają za swoje napoje, ich smak raczej zawodzi.

Jednym z najważniejszych punktów naszej winiarskiej marszruty był Piemont i tutaj też spędziliśmy najwięcej czasu. Przygodę z tym regionem rozpoczęliśmy jeszcze pierwszego dnia, kiedy to na sam jego koniec, nieco zmęczeni franciacortą i Sycylią, postanowiliśmy napić się moscato d’asti. Od niego chciałbym też zacząć, choć ogółem nie spróbowaliśmy przesadnie dużo butelek tego wina. Wystartowaliśmy, jak poprzednio, od znanych mi już producentów (niestety nie namierzyłem Saracco i Massolino, które zwykle bardzo mi smakują). Nieźle wypadło G. D. Vajra Moscato d’Asti 2023 (3,9/5). Chociaż nie było przesadnie bogate, to jednak prezentowało bardzo typowe nuty zapachowe i smakowe, a do tego mogło się pochwalić bardzo dobrze zbalansowanymi ustami. Dużo lepiej natomiast rzecz miała się z kolejnym klasykiem. Vietti Moscato d’Asti 2023 (3,8/5), bo o nim mowa, zaprezentowało się jako intensywne i przebogate, pełne owoców egzotycznych, róż i miodu. Niestety bardzo wysoki w jego przypadku cukier resztkowy nie doczekał się kontry w postaci odpowiedniej kwasowości. Drugiego dnia targów, kiedy Tomek udał się na jedno z umówionych spotkań, postanowiliśmy z Rafałem kontynuować poszukiwanie piemonckich słodyczy. Po kilku próbach, całkowitym przypadkiem trafiliśmy do Marenco Vini, którego wina zrobiły na nas tak duże wrażenie, że postanowiliśmy pokazać je Tomkowi. Producent posiada aż trzy słodkie wina oparte na muskacie. Marenco Asti 2023 (4,0/5) to przeciwieństwo typowego przedstawiciela Asti DOCG: skoncentrowane, uzbrojone w dobrą kwasowość, bardzo czyste, o pięknych aromatach owoców, kwiatów i miodu. Po prostu pyszne. Bardzo podobne do niego było Strev Moscato d’Asti 2023 (4,0/5), nieco słodsze, z jeszcze lepszą kwasowością i delikatnym kremowym musowaniem (dwa ostatnie wina są produkowane z tych samych winogron). Najlepiej wypadło jednak Scrapona Moscato d’Asti 2023 (4,1/5) – wino z pojedynczej parceli, być może najlepsze moscato d’asti jakie kiedykolwiek piłem. Przepojone aromatami dojrzałych owoców, kwiatów, miodu i szałwii, zmysłowe i świeże. Tak jak poprzednicy, czyste i świetnie zbalansowane. Poszukiwanie kolejnych etykiet zdecydowanie nie było potrzebne 😉.

Nasza wizyta u Marenco Vini zaowocowała nie tylko słodziakami. W swojej ofercie producent ma także doskonałą barberę w trzech odsłonach. Zarówno podstawowa Bassina Barbera d’Asti 2022 (3,9/5), jej wersja superiore – Ciresa Barbera’d Asti Superiore 2021 (3,9/5), jak i najpoważniejsza z nich: Nizza Riserva 2020 (4,1/5) to wina naprawdę świetne. Tak jak w przypadku opisywanych wcześniej muszkatów, były one przeczyste, o świetnej jakości owocu, głębi i kwasowości. Naprawdę polecam. W portfolio producenta znaleźć można jeszcze inne wina czerwone i białe, a wszystkie one prezentują poziom przynajmniej porządny. W tym miejscu chciałbym wymienić jeszcze przedstawiciela pewnej mało znanej apelacji. Pineto Brachetto d’Acqui 2023 (3,9/5) to wino, które nazwałbym uroczym. Delikatne, wręcz zwiewne, o aromatach czerwonych owoców, z zaznaczonym cukrem resztkowym, a jednak bardzo świeże. Idealne wino na taras.
Mówiąc o naszych poszukiwaniach win piemonckich, nie mogę nie wspomnieć o innym świetnym producencie – Massucco. Prócz przyzwoitych białych win spróbowaliśmy tu naprawdę dobrych czerwieni. Podobało mi się Langhe Dolcetto 2023 (3,9/5), bardzo pijalne i gładkie, z aromatami truskawek i wiśni oraz, co ostatnio rzadkie, bardzo niskim alkoholem (jedynie 12%). Dawno nie piłem tak dobrego przedstawiciela tego szczepu. Świetnie wypadła też Langhe Barbera 2023 (3,9/5) – bardzo czysta, pełna nut wiśni i kisielu z czerwonych owoców, ze świetną kwasowością. Mogła konkurować ze swoją imienniczką z Marenco. Ze wszystkich spróbowanych propozycji od Massucco najchętniej wróciłbym jednak do Langhe Nebbiolo 2023 (3,9/5), dosyć prostego, ale bardzo dobrze wykonanego wina, pełnego doskonale czystych nut wiśni i czarnej herbaty, podpartych świetnymi taninami i wysoką kwasowością. Z wypróbowanych butelek najpoważniej wypadło natomiast Roero Riserva 2016 (4,0/5). Wino ładnie już ułożone, balsamiczne, o aromatach wiśni w likierze, gładkich taninach i żywej kwasowości. Bardzo smaczne. Niestety z niezrozumiałych dla mnie powodów, znanych chyba tylko pośrednikowi który skontaktował nas z Massucco, nie spróbowaliśmy w trakcie degustacji ich barolo i barbaresco (sądziłem, że producent po porostu nie ma ich swoim portfolio). Później nie było już czasu tego nadrobić. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że uda mi się nadrobić te zaległości w niedalekiej przyszłości 😉.

Pozostańmy na chwilę w temacie barolo i barbaresco. Niestety, mimo że oba wina bardzo mi smakują i staram się je pić tak często jak mogę (lub tak często, jak mnie na nie stać), to jednak moje doświadczenie w tej materii jest zbyt małe by móc prawidłowo ocenić te młode i często mocno zamknięte wina, których spróbować można na targach. Te, które kupuję do domu to zwykle upolowane na promocjach butelki z już otwartych roczników lub młodziaki, które postanowiły wcześniej uchylić rąbka tajemnicy. W trakcie Vinitaly 2024 spróbowaliśmy wspólnie kilku butelek. Niestety wszystkie one były fatalne i dziwię się, że producenci mieli śmiałość umieścić na nich te dwie szlachetne nazwy. Niektóre z nich, w mojej ocenie, powinny być sprzedawane jako wina stołowe (ostatecznie skończą pewnie na półkach marketów i zepsują wieczór jakimś przypadkowym ludziom). Zawiedziony tym faktem wykorzystałem kilka krótkich wolnych chwil, by spróbować czegoś od znanych mi producentów i chociaż odrobinę zmyć powstały wcześniej niesmak. W tej grupie wyróżnić mógłbym Vietti Barolo Castiglione 2020 (4,0/5), całkiem zdatne do picia już teraz (oczywiście może się jeszcze zamknąć), prezentujące smakowite nuty truskawek i wiśni, a także odrobiny asfaltu, z dobrą kwasowością, za to z nieprzesadnymi jak na Barolo taninami. Najbardziej podobało mi się jednak G.D. Vajra Bricco delle Viole 2020 (4,2/5). Szeroko rozpostarte i skoncentrowane zarazem, o niezwykle przyjemnych aromatach fiołków, wiśni, ziół, dębu i czarnej herbaty. Wszystko oczywiście jeszcze w stalowym uścisku tanin i kwasowości, ale i tak dające dużo przyjemności.
Pozostając jeszcze na chwilę w Piemoncie, chciałbym wspomnieć o producencie Prediomagio. Wprawdzie część jego portfolio wypadło w mojej ocenie dosyć przeciętnie, jednak kilka butelek podobało mi się na tyle, by tu o nich napisać. Najciekawiej wypadły wina z niewielkiej i nieznanej mi dotąd apelacji Ruché di Castagnole DOCG. Spróbowaliśmy trzech różnych win. Smakowało mi Nisus Ruchè Di Castagnole Monferrato 2021 (3,9/5), pełne aromatów truskawek, tytoniu i fioletowych kwiatów, w ustach gładkie, z umiarkowaną kwasowością. Dobre było także Vigna del Castello Ruchè Di Castagnole Monferrato 2022 (3,9/5), bardzo czyste, wiśniowe, lekko kamforowe, rozgrzewające, z mocnymi taninami. Warto zaznaczyć, że wszystkie wina z tej apelacji miały bardzo wysoki, wynoszący 16-16,5% alkohol. W dwóch powyższych udało się jednak producentowi dobrze go zamaskować (trzecie nie miało tyle szczęścia 😉). Z pozostałych flaszek porządnie zaprezentowało się jeszcze Vlù Barbera D’Asti Superiore 2020 (3,9/5). W kieliszku odnalazłem wiśnie i maliny oraz odrobinę przypraw. Wino jest gładkie i czyste, z żywą kwasowością.

Sporo czasu w ciągu tych czterech dni poświeciliśmy także na Veneto. Niestety celem naszych poszukiwań nie było amarone czy prosta, kwasowa valpolicella, która stanowiłaby świetną parę dla makaronu z pomidorami. Nie. Nasze poszukiwania koncentrowały się na prosecco i to przede wszystkim tym niedrogim. Ten fragment tekstu postaram się potraktować jako część humorystyczną, chociaż wtedy nie było mi do śmiechu 😉. Osoby, które znają mnie osobiście, wiedzą w większości jaki mam stosunek to tego północnowłoskiego nektaru. Butelki, które jak dotąd naprawdę mi smakowały, zliczyłbym pewnie na palcach obu rąk, a ostatnio, kiedy zapanowała moda na metodo classico, zaprzestałem kupowania prosecco prawie zupełnie. Oczywiście zawsze w takim momencie zjawiają się obrońcy musującej glery tłumacząc, że taki styl i że to fajne wino na lato. Oczywiście, lepsze butelki mogą być całkiem przyjemne. Niestety kosztują niemało, a szansa ich znalezienia w sklepie jest podobna jak w przypadku kwiatu paproci. Koniec końców, z prosecco jest jak z disco polo na weselu: może i można przy nim tańczyć, jednak znajdę tysiące innych utworów, które sprawdzą się przynajmniej równie dobrze, a do tego nie spowodują krwawienia z uszu. W ramach naszej przygody spróbowaliśmy win z portfolio kilku różnych producentów (o ile pamiętam, z dwoma byliśmy umówieni wcześniej). Chociaż wykazywaliśmy chęć podjęcia ewentualnej współpracy, większość ubranych w drogie garnitury winiarzy poświęcała nam niewiele czasu, szybko porzucając na rzecz kolejnych pojawiających się na horyzoncie nieszczęśników. Po raz kolejny widzieliśmy ich dopiero, gdy nalewali nam kieliszek następnego wina z rozpiski. Każdym odwiedzinom towarzyszyła także krótka formułka dotycząca aktualnie próbowanej etykiety. Oczywiście każda kolejna była coraz to bardziej wysublimowana, wyprodukowana z jeszcze większym przywiązaniem do tradycji i posiadająca zdolność zamienienia każdego momentu w jeszcze bardziej wyjątkowy. Przyznam, że czułem się trochę jak w reklamie Coca-Coli. Niestety bajki opowiadane przez sprytnych producentów prosecco nie znajdowały potwierdzenia w kieliszku. Chociaż oczekiwałem niewiele, z pewnym zdziwieniem przyjąłem fakt tego, jak mała była różnica między podstawowymi (można powiedzieć: supermarketowymi) winami, a butelkami z bardziej ekskluzywnych linii. Czasami zresztą nie była to nawet zmiana na lepsze. Zazwyczaj droższe wina były po prostu świeższe w odbiorze i miały bardziej wytrawny charakter, aromatycznie jednak nadal niewiele się w nich działo (czasami z goła nic). Najczęściej powtarzaną przez nas opinią było: to po prostu woda sodowa. Trochę światła na jakość próbowanych przez nas win rzuciło porównanie ich cen. Te najprostsze zaczynały się już od niewiele powyżej 2 euro za butelkę. Najdroższe i najbardziej ekskluzywne zwykle nie przekraczały natomiast 7 euro. Warto dodać, że większość pozostałych win, których próbowaliśmy podczas Vinitaly, plasowało się w okolicach tej drugiej wartości. Myślę, że mówi to co nieco o masowości produkcji prosecco. Czy zatem nie smakowała nam żadna butelka? I tak, i nie. Wprawdzie nie znaleźliśmy niczego nowego, wartego wspomnienia tutaj, jednak natknęliśmy się na takie etykiety w portfolio producenta, który już współpracuje z Vinobarem. Mowa tu o rodzinnej winiarni Bonotto delle Tezze. Kilka słów o ich winach znajdziecie jeszcze w dalszej części tego tekstu. Tu wspomnę tylko o produkowanym przez nich prosecco. Spróbowaliśmy dwóch. Frizzante Prosseco Treviso (3,6/5) to wino dosyć skoncentrowane, o aromatach białych owoców i kwiatów, lekko musujące, z odpowiednio zaznaczoną kwasowością. Proste i świeże. Jeszcze lepsze było Col Reàl Conegliano Valdobbiadene Rive Collalbrigo Costa Brut (3,8/5): całkiem poważne, pełne aromatów jabłek i białej brzoskwini, z landrynkowymi niuansami. Do tego dobra kwasowość i musowanie dające mu dużo świeżości. Można śmiało pić. Szkoda, że nie mogę powiedzieć tego samego o konkurencji.

Najbardziej intensywnym czasem była dla mnie wizyta w pawilonie chianti classico. Pojedynczych butelek spróbowaliśmy już drugiego dnia, jednak znacznie więcej degustacji czekało nas nazajutrz. Czasu było niewiele, a wina – nieprzebrane wręcz ilości. Próbowaliśmy głównie klasyków, żeby uniknąć przypadkowych, słabych producentów. Nareszcie udało mi się zapoznać z winami Castello di Monsanto. Chociaż są one dostępne w Polsce, ich ceny są tak przesadzone, że dotąd nie zdecydowałem się na zakup nawet jednej butelki. Muszę przyznać, że wszystkie etykiety bardzo mi się podobały. Dobre było już podstawowe Chianti Classico 2022 (3,9/5): bardzo typowe, wiśniowe, o szczupłych, kwasowych ustach. Nieźle wypadło także Il Poggio Chianti Classico Gran Selezione 2019 (4,1/5): dużo bardziej skoncentrowane, o likierowym owocu. Najbardziej smakowało mi jednak IGT – Nemo Cabernet Sauvignon 2018 (4,1/5): bardzo odmianowe, ale zrobione z typową dla Toskanii lekkością i wigorem. Niestety, nawet w hurcie ich ceny okazały się zaporowe. Próbując chianti classico nie mogliśmy nie odwiedzić Fattoria di Felsina. Wina od tego producenta od lat robią na mnie niezmiennie dobre wrażenie. Świetnie wypadło, jak i w poprzednich latach, przepełnione wiśniami i żurawiną, szczupłe, precyzyjne i pełne wigoru Chianti Classico 2022 (4,0/5). Mocno odmiennie prezentowało się Chianti Classico Riserva 2020 (4,1/5). Znacznie słodsze, likierowe, z wyczuwalnymi nutami dębu, nie pozbawione jednak energii. Rancia Chcianti Classico Riserva 2020 (4,3/5) było jednym z moich najbardziej wyczekiwanych. Na szczęście nie zawiodłem się. To naprawdę duże wino, skoncentrowane i rozłożyste. Mimo młodego wieku całkiem już pijalne i przymilne. Jak na Rancię, dosyć słodkie, mocno wiśniowe, ale posiadające w wyczuwanych nutach także daktyle smażone w miodzie i suszone owoce. W ustach bardzo czyste i długie, z mocnymi taninami oraz wysoką kwasowością. Odmiennie zaprezentowało się Fontalloro Rosso Toscana 2020 (4,3/5), IGT wyprodukowane z winogron częściowo pochodzących spoza Chianti Classico DOCG. Więcej było tu świeżych owoców, głównie wiśni, pojawiały się także nuty dymne i kwiatowe. Wszystko podane w bardziej wytrawny sposób niż w Rancii. Tak jak poprzednik, taniczne i kwasowe, z bardzo długim finiszem. Świetne było także produkowane przez Felsinę Pinot Nero 2019 (4,2/5). Przepełniony wiśniami nos przypominał wprawdzie nieco sangiovese, jednak usta były już typowe dla pinota: truskawkowe, ziemiste, z odrobiną przypraw i nut mięsnych, dobrą kwasowością. Równie mocno co Felsina podobało mi się Fontodi. Smakowało mi podstawowe Chianti Classico 2021 (4,0/5): bardziej zmysłowe i złożone, a także nieco łagodniejsze od tej samej propozycji u poprzedniego producenta, pełne wiśni i kwiatów. Jego starszy brat, Gran Selezione 2020 (4,3/5) to już wino bardzo poważne. Super-wiśniowe, dymne, z pojawiającymi się nutami lukrecji i przypraw. Wytrawne i świeże. Flaccianello della Pieve Colli Toscana Centrale 2020 to znowu, chociaż także jest stuprocentowym sangiovese, zupełnie inne wino. Znacznie bardziej miękkie i przymilne. Prezentuje nuty wiśni w likierze, dębu i kwiatów. Być może najbardziej podobało mi się jednak Case Via Syrah Colli Toscana Centrale 2020 (4,3/5). Czeremchowo-wiśniowe, lekko likierowe, przydymione, ale bardzo świeże w ustach. Smakowite! Nie odmówiłem sobie także spróbowania win od Barone Ricasoli. Tutaj najbardziej smakowało mi Brolio Chcianti Classico Riserva 2020 (4,0/5). Przyjemne wino o aromatach, wiśni, dymu, dębu i lukrecji, mocno owocowych ustach i świetnej kwasowości.

Próbując klasyków, cały czas szukaliśmy też przyzwoitego producenta skłonnego podjąć współpracę z Vinobarem. Znaleźliśmy go w postaci Fattoria Lornano. Fani chcianti classico mogą pamiętać, że producent ten był już kiedyś obecny w ofercie jednego z polskich sklepów, współpraca jednak dosyć szybko się skończyła. Mam nadzieje, że teraz te niedrogie, a naprawdę niezłe wina powrócą nad Wisłę. Podstawowe Chianti Classico 2020 (3,8/5) jest bardzo typowe dla swojej apelacji: wiśniowe, lekko przydymione i likierowe, szczupłe i żywiołowe. Bardzo podobnie do niego smakowało Chianti Colli Senesi 2020 (3,8/5). Mnie bardziej odpowiadało jednak Le Bandite Chianti Classico Riserva 2019 (3,9/5): czereśniowo-wiśniowe, z odrobiną beczki. Bardziej skoncentrowane od poprzednika. Najpoważniejszą butelką było natomiast Chianti Classico Gran Selezione 2017 (4,0/5). Wino zaprezentowało sporo dobrego, lekko likierowego owocu, trochę nut balsamicznych i dębowych, a także dosyć mocne garbniki i pełną wigoru kwasowość. Czekam, by móc spróbować ich wszystkich znowu, w spokojniejszych okolicznościach 😉.

Pisząc o degustowanych winach nie sposób nie wspomnieć o tych, które są już dostępne w ofercie Vinobaru, a których miałem okazję spróbować w trakcie Vintitaly. Wrażenie zrobiło na mnie, wspomniane już przy okazji prosecco, Bonotto delle Tezze. Z ich bieli najbardziej smakowało mi Novalis Manzoni Bianco 2023 (3,9/5): strukturalne, pełne żółtych owoców, z odrobiną zielonych nut szałwii i trawy. Najchętniej wróciłbym jednak do win czerwonych tego producenta. Spezza Merlot 2020 (4,0/5) to bardzo smaczne wino, pełne lekko przydymionych wiśni i czereśni, podanych na wytrawnie z odrobiną czarnej herbaty, z bardzo długim finiszem. Świetne było Potestà Roboso del Piave 2020 (4,1/5) prezentujące ciekawe aromaty suszonej wiśni, jagód jałowca i czarnej herbaty. Kwasowe, ale lekko zaokrąglone cukrem resztkowym, z bardzo długim finiszem. Równie świetne było Malanotte del Piave 2019 (4,1/5), pełne czereśni, nut suszonych owoców i miodu. Mocno taniczne, ponownie ze świetną kwasowością lekko przełamaną cukrem. Mimo tego że zwykle nie gustuję w takich winach, bardzo dobrze wspominam także czerwone słodkie Raboso Passito 2017 (4,1/5). Suszone ciemne owoce i rodzynki pojawiły się tu w towarzystwie gorzkiej czekolady i miodu. Bardzo smaczne passito! Vinitaly nieco odczarowało także Azienda Agricola Martoccia di Brunelli. Wprawdzie ich najprostsze wina nadal nie robią na mnie wrażenia, jednak już ich IGT, Luca 2020 (4,0/5)piło się naprawdę dobrze. Wino cieszyło dobrym wiśniowo-malinowym owocem i całkiem poważną strukturą. Oczywiście clou programu było produkowane przez Martoccię brunello. Brunello di Montalcino 2019 (4,0/5) zaprezentowało nuty wiśni, wiśniowej nalewki, dębu i kwiatów. Pije się dobrze, ale wciąż lekko szorstkie taniny potrzebują jeszcze trochę czasu. Zdecydowanie bardziej poukładane było Brunello di Montalcino Riserva 2016 (4,1/5). Czas i tlen zrobiły tu swoje, wino wyraźnie już zmiękło i wygładziło się. W kieliszku odnajdziemy przyjemne nuty wiśni w czekoladzie, czarnej herbaty i rodzynek. Kwasowość jest nadal żywa, ale pozbawiona już ostrości. Bardzo smaczne! Ostatnim producentem, którego chciałbym wymienić, jest pochodząca z Kampanii Fattoria Pagano. Muszę przyznać, że tworzone przez nich wina to nie do końca moja bajka – dużo tu nieco misowatych czerwieni, nut suszonych owoców, przetworów owocowych, a i cukru resztkowego często nie jest mało. Są to zdecydowanie wina przymilne i łatwe w piciu, adresowane do szerszej publiczności. Mimo tego jednak dobrze zrobione i warte wspomnienia. Całkiem dobrze wypadł produkowany metodą Charmata, leżący trzy miesiące na osadzie Trebus (3,7/5). Wino jest dosyć skoncentrowane i strukturalne, z wyczuwalnymi żółtymi owocami i nutami drożdżowymi. Jedynie musowanie nieco zbyt szybko znika. Podobało mi się także, produkowane z winogron pochodzących z krzewów uprawianych na tufie, Piedirosso 2021 (3,9/5): lekkie i świeże, pełne nut kompotu z truskawek, kwasowe. Poza nim dobre było Pectus Falerno del Massico Bianco 2021 (3,9/5): strukturalne białe wino, częstujące nutami żółtych owoców, melona i agrestu. Na koniec wymieniłbym jeszcze Voluptas Falerno del Massico Primitivo 2022 (3,9/5). Zazwyczaj z dużym dystansem podchodzę do ulubionego czerwonego szczepu Polaków, tym razem jednak jestem na tak. Prócz dobrego owocu, wino prezentuje wyraziste nuty czarnej herbaty, dobrą kwasowość i taninę. Po prostu smaczne!

Kilka słów na koniec
Uff! Dotarliśmy do zakończenia. Dziękuję tym, którzy przebrnęli przez cały tekst, gdyż spędziłem nad nim bardzo dużo czasu, którego to ostatnio mi nie zbywało. W tych ostatnich dzisiaj zdaniach chciałbym podkreślić, że przeczytany przez Was tekst nie jest pisany na zamówienie i w żaden sposób sponsorowany (no dobra, dostałem wejściówkę 😉). Mimo, że na Vinitaly 2024 pojechałem na zaproszenie Tomka Jaszczułta z Vinobaru, wszystkie umieszczone w tekście oceny i opinie wynikają z moich prywatnych upodobań i przemyśleń. Oczywiście na bieżąco rozmawialiśmy o próbowanych winach i wymielaliśmy się uwagami, zwykle zresztą dosyć zbieżnymi, jednak nie miało to wpływu na moją percepcję danej etykiety.
Jak pisałem wcześniej, nasz pobyt na Vinitaly 2024 miał na celu powiększenie portfolio Vinobaru. Mam nadzieję, że część producentów którzy spodobali mi się podczas imprezy, a o których pisałem powyżej, wkrótce zagości w portfolio tego łódzkiego importera. Nawiązanie współpracy handlowej nie jest jednak z pewnością decyzją błahą i często nie zależy jedynie od tak zwanego „chciejstwa”. Nie mogę zatem zapewnić jak dużo będzie to butelek i od których konkretnie producentów. Obiecuję jednak, że o wszystkich nowościach będę na bieżąco informował. Na dzisiaj to tyle. Zaglądajcie na mojego Instagrama i do zobaczenia wkrótce!

3 myśli w temacie “Vinitaly 2024”